No więc wiele rzeczy już o sobie czytałam jako Ministra Kolarstwa. Wiele osób nie może zdzierżyć feminatywu. Inne wiele osób ma ból odbytu, że nazwałam się, tak jak miałam fantazję się nazwać :)
Z raz na kwartał przeczytam o sobie, że robiąc kolarstwo TYLKO dla kobiet, rozwijając kolarstwo kobiece, muszę być fest spier-spaczona. Że jestem lesbą (pomijam kulturę, a raczej jej brak przy użyciu tego zwrotu). Albo że ewidentnie jakiś koleś musiał mi zaleźć za skórę i to przez to teraz tylko „z babami” jeżdżę. Lub też że to foch na facetów. Że jestem – uwaga, nowe słowo chyba! – femisuką i dlatego gardzę facetami.
Czytałam też w wiadomościach prywatnych, że jestem zaburzona, niedoruchana i że jestem tępą dzidą.
Wszystko jest to prawda, jeśli tylko chcesz :)

To luźny felieton jest
Nie będzie to wpis o kulturze Internetu, nad tym to nie ma co biedzić. Sposobem są bany i ja, rozdając je, nie mam litości.
Będzie to o tym, że często w listach pytacie mnie, co to za wymysł to kolarstwo kobiece.
Zacznę od tak zwanej strony tyłu zaworu.
Jeśli myślicie, że ja rozwijam kolarstwo kobiece, bo się poobrażałam na facetów, to…
Zapraszam na wycieczkę do właściwego swojemu miejscu zamieszkania ratusza celem dobrowolnego zdania dowodu osobistego.
Nie możecie go jeszcze mieć. Do dorosłości jeszcze macie chwilę, nie ma co przyspieszać tych zdarzeń.
Ja mogę mieć focha na głupich ludzi. Na ludzi, których jedynym życiowym celem jest wylanie komuś na głowę swojej nienawiści do siebie samego i nazwanie tego „sarkazmem” i tak przez całe ich smutne życie.
Zatem jeśli jesteś facetem faszystą, do tego facetem hejterem, nie podejmujesz refleksji absolutnie żadnej na swój temat, bo nie masz czasu, gdyż siedzisz w życiu innych, to tak: nie mam ochoty mieć z tobą kontaktu i tym wyrażony jest mój foch. Ale to tak samo, jeśli jesteś kobietą faszystką, hejterką, bla bla bla.
Kobiety też potrafią dawać „dobre „dżezy z wiadomościach i komentarzach.
Z żadną z powyższych postaci nie wchodzę w dyskusję. Urodziłeś się, to już se żyj (na końcu tekstu mam zasadę, którą się kieruję w obsłudze ludzi, którzy mają problem z tym co robię, taki bonus;)).

To mamy ustalone. Idziemy dalej
Na rowerze jeżdżę od dwudziestu prawie pięciu już lat. Zaczynałam od roweru górskiego. Jeździło się wtedy na „góralach” można było spotkać na rowerze bardzo niewiele dziewczyn. O szosie ani myślałam. Jak zaczynałam się ścigać (i katować sprzęt i musieć go serwisować) to jakość obsługi kobiet w sklepach i serwisach rowerowych… Skłaniała do noszenia przy sobie przynajmniej procy.
Implikacja, że jestem głupia, bo nie wiem, jaka część roweru jak się nazywa. Że nie wiem, co zepsułam (i ten język, że zepsułam, a nie, że uległo zużyciu). Naciąganie na kasę i wykorzystywanie przy tym faktu, że czegoś rzeczywiście nie wiem (i uważam, że nie muszę, bo nie muszę mieć doktoratu ze wszystkiego i z niczego, to jest właśnie piękne w gospodarce, że w każdej branży może by c ktoś, kto się zna, bo się chciał znać i tym się zdecydował zająć).
Była jeszcze w trakcie mojej przygody z kolarstwem epoka braku ubrań kolarskich dla kobiet. Była też epoka „męskich” nagród dla kobiet w niektórych wyścigach MTB. Najbardziej zapamiętałam np. męską koszulkę w rozmiarze L za wygranie dystansu x podczas, gdy faceci za wygranie tego samego dystansu dostawali np. amortyzator).
Z tego mogłaby być niezła książka ;)
Wiele dziewczyn tak potraktowanych raz, dwa, pierdylnie tym rowerem, na który się w końcu odważyły i już na rower nie wrócą. Ile lasek do dziś deleguje na swoich kolegów kupienie roweru, bo nie chcą iść do sklepu, żeby nie być fatalnie potraktowaną?
Wiele dziewczyn w ogóle zanim się odważy wejść w ten sport, to się nazastanawia, namodli: a czy to dla mnie, a czy ja dam radę, a czy ja znajdę czas, a czy powinnam, a co jak się nie znam, a czy ten rower to nie jest dla mnie „za dobry”
A jeśli w ogóle ta cześć dziewczyn widzi, że dziewczyn w tym sporcie prawie nie ma, to naturalnie, że przyjdzie im do głowy, że i ich tam nie powinno być.
Panowie takich rozterek nie mają. Chyba że mają – jestem otwarta na Wasze głosy.
I to nie jest pretensja. Ani foch do nich. Ani poczucie jakiegoś piętrowego żalu.
To jest obserwacja wielu nabudowy kulturowej, co która płeć może, a która nie może.
Jak chcesz wiedzieć, o co mi chodzi, zapytaj, nie szyj
Możesz też przeczytać o co mi chodzi z robieniem babskiego kolarstwa i dlaczego to jest tylko babskie kolarstwo.
To nigdy nie była kwestia antagonizowania. Że tooooo ja teraz Wam pokażę, chłopy! Spadniecie z rowerka, dys ys Sparta!
Jeśli macie taką optykę, że wszystko musi być na biegunie wróg/swój, że wszędzie widzicie walkę, że każdy przeciwko każdemu musi być, że jak ktoś buduje swoją markę na aktywizacji kobiet, to na pewno jest to z nienawiści do facetów poszukałabym pomocy. Ciężko może się żyć z takim filtrem na świat.
Cała moja misja jako Ministry Kolarstwa i moja potrzeba „wsiądnięcia” kobiet na rowery wynikła raz, że spontanicznie, a dwa, że z obserwacji.
Na koedukacyjnych ustawkach szosowych, które prowadziłam (tak bardzo „koedukacyjnych, że było tam 95% facetów, 5% kobiet, hah ;)) praktycznie nie było kobiet na szosach.
Więc spontanicznie wymyśliłam, że równolegle dla ustawek koedukacyjnych (a w praktyce męskich) i zaczęłam robić Babską Środę dla samych Dziewczyn. I zawsze robiłam o tym hałas w internecie. Po to, żeby inne laski, które jeszcze nie jeżdżą na rowerze i które nawet jeszcze nie wiedzą, że chcą – żeby dowiedziały się, że jest taka inicjatywa.




ruchu Rapha Women

Skąd się to wszystko wzięło?
Pierwszą Babską Środę zrobiłam 5.07.2017r. Najpierw przyjechało 10 dziewczyn, częściowo też te, które też jeździły na koedukacyjnych jazdach. Na kolejną Babską Środę przyjechały 3, Na jeszcze kolejną 8. Na kolejną 5. Widziałam w tym potencjał.
Uparłam się.
O Babskiej Środzie jest osobna notka – LINK.
W tym felietonie natomiast zmierzam do tego, że cała moja aktywność zrodziła się z wybadania potrzeby. Że jeździłyśmy te ustawki, gadałyśmy, spontanicznie wychodziły uwagi od dziewczyn. Zgłaszały, czego na rynku rowerowym dla kobiet brakuje, ja słuchałam, dumałam, jak to udrożnić i po kolei wprowadzałam.
Z miesiąca na miesiąc robiło się przy tym pracy tyle, że skurczył mi się czas. Nie byłam w stanie przeznaczyć go jeszcze na inicjatywy koedukacyjnie (a wtedy jeszcze w praktyce męskie). W końcu płynnie przeszłam do etapu, że kompletnie zajęłam się „robieniem” kolarstwa kobiecego.
Jeszcze w tym samym roku (2017r.) zaczęłam organizować szkolenia peletonowe.
Z tego samego roku mam fotki z pierwszych szkoleń z wymiany dętki czy mycia roweru.
2020 r. był pierwszym rokiem, kiedy odpaliłam wyjazdy kolarskie dla kobiet.
Wyjazdów, szkoleń, ustawek dla facetów nie mam, bo NIE MAM NA TO CZASU. Ja jestem Ministrą Kolarstwa, a Ministrą Rozmnażaczką Czasu. Dostrzegłam pewną niszę, uparłam się, że wkręcę możliwie wiele kobiet w kolarstwo, jestem w tym pomyśle konsekwentna i będę.
Obecnie nie chcę mieszać oferty.
Po co to przeczytać i przyjąć do wiadomości, jak można nie
Ale wiem, to wszystko jest zbyt proste, zbyt szczere i zbyt prawdziwe, żeby zmieściło się w głowie, co nie? ;)
Bo przecież polski Polak z krwi i kości i z Polski do wszystkiego musi dołożyć jakiś kurwik. Ćoś na podpałkę, musi poszukać siódmego dna, musi włożyć swój smutny łeb w mój łeb i żeby nie zająć się swoimi pasztetami musi zająć się umniejszaniem tego, czym się zajmuję, moich kompetencji i wiedzy:)
Na koniec jeszcze przypomnę tym ludziom prezentującym postawę, że kiedyś to nie było feminatywów, a teraz są i aaaaaaaa, tak nie może być, to jest koniec świata, degrengolada, że kiedyś sraliście do nocnika, i pytam w związku z tym, że skoro jesteście tak bardzo przywiązani do tradycji, do starych dziejów, to czemu przesiedliście się na muszlę i walicie w porcelanę?
Oraz: nikt mi nie będzie mówił, jaką nazwę mam stosować. Czy jest takie słowo jak ministra, czy nie ma.
Dla mnie jest. Dla wielu moich odbiorców jest, zerknijcie choćby na Instagram. Jest Ministra Kolarstwa i będzie, czy do rozpękuje dupy na pół czy nie:)
Nie pytam o zdanie i pozwolenie.
Jeśli nie możecie tego wytrzymać, wypowiedzcie umowę dostawcy internetu:)
Zdrowia, Kochani!
P.S. Osoba, która w zjadliwy sposób nie może zdzierżyć twojego istnienia, zepsuje ci samopoczucie na sekundę, czy piętnaście, może minutę, może kwadrans, a może na dłużej. Ale jak pomyślisz, że ona ze swoją spierdoliną w głowie jest 24/7, to czymże przy tym jest kwadrans twojej mitręgi wywołaną przez nią. Pierdnięciem ważki?
P.S. Skrócone info, czym się zajmuję, znajdziecie w zakładce O mnie
